niedziela, 22 września 2013

Więzień czasu

     Tik, tak, tik, tak...nocną ciszę zagłuszał dźwięk budzika. 
- Zaraz, zaraz przecież mam budzik cyfrowy, a one pracują bezszelestnie -Tomasz czuł, że zaraz zwariuje.
Położył się wcześniej, żeby wstać rano wypoczętym. Tyle pracy i zadań przed nim. Zamiast jednak oddać się w ramiona Morfeusza kręcił się z boku na bok, i niecierpliwe zerkał na zegarek. 
- Dobra spokojnie. Oddycham głęboko i koncentruję się na oddechu... tik, tak, tik, tak...nie no do cholery, za trzy godziny muszę wstać, a wciąż nie mogę zasnąć. O 7:00 mam autobus na pętlę. Jakim autobusem mam jechać później? Zajebiście, zapomniałem. Będę musiał sprawdzić.
Mimo, że i tak nie zapowiadało się, że uda mu się jeszcze zmrużyć oko, sięgnął ręką do budzika i przestawił alarm na trzydzieści minut wcześniej.
- Jutro mamy poranną odprawę, nie mogę się spóźnić....
     Czas płynął, noc ustępowała miejsca dniu. Tomasz nieprzytomny podniósł się z łóżka i poszedł do kuchni. Przygotował kawę. Mocną, aromatyczną, dużą. Śniadania jeść nie będzie, bo musi niedługo wyjść z domu żeby zdążyć na wcześniejszy autobus. Szybkie golenie, przy którym o mało gardła sobie nie poderżnął. Założył spodnie od garnituru, koszulę, porwał teczkę i wybiegł z domu. Wcisnął przycisk windy, ale ta od rana ciężko pracowała.
- Pierdolona szmata, kurwa mać! Gdzie Ci ludzie od rana jeżdżą?
Nie tracąc czasu na szukanie odpowiedzi popędził schodami w dół, a w między czasie próbował ogarnąć koszulę, której jeszcze nie schował w spodnie.
Zmachany wpadł na przystanek. Czekał jeszcze dziesięć minut na autobus, zanim ten lekko spóźniony z warkotem podjechał pod przystankową wiatę. Tomasz, zirytowany małym bo małym ale zawsze opóźnieniem, wszedł do środka. Spojrzał kontrolnie na zegarek i zacisnął zęby:
- Żeby nie było korków. Inaczej będę w dupie.
Autobus jechał swoją trasą i co kilka minut zatrzymywał się na kursowych przystankach. Tomasz praktycznie nie spuszczał oka z zegarka, jakby chciał zaczarować wskazówki, żeby chociaż na chwilę się zatrzymały.
- Teraz będę wysiadał. Mam jeszcze minutę do następnego autobusu - Tomasz powiedział to do siebie tak, jakby chciał zmobilizować swoje ciało do największego z możliwych wysiłku fizycznego i przygotować nogi do szybkiej ewakuacji jak tylko otworzą się drzwi. 
Ustawił się bliżej wyjścia i przyjmując postawę atakującego lwa czekał na otwarcie boksu startowego. Mocne szarpniecie, pisk zmęczonych hamulców i drzwi otworzyły się charakterystycznym sykiem dając tym samym sygnał rozpoczęcia wyścigu. Tomasz sprawnie ominął starszą panią, która z trudem próbowała wydostać się z zatłoczonego autobusu. Przepchnął się przez parę tłoczących się przy wyjściu osób. Wyprzedził kobietę z wózkiem, która naiwnie sądziła, że ów mężczyzna biegnie aby jej pomóc. Już był na stopniu autobusu, już prawie był na chodniku i prawie zdążył na następny kurs..gdyby nie teczka. Cholerna teczka, w momencie gdy Tomasz wyskakiwał z autobusu, zahaczyła się o drążek na drzwiach. Ta niespodziewana blokada zaburzyła jego równowagę. Zachwiał się (jedną nogą był w autobusie a drugą  stawiał na zewnątrz) i z braku jakiegokolwiek punktu podparcia upadł, przyjmując na pysk chodnik z polbruku i kawałek stylowego krawężnika.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz