Marmurowa wieża Babel. Piękna, gustowna. Posadzki lśniące jak lustro, w którym odbijają się rzędy kryształowych żyrandoli.
Dzień dobry - przywitał mnie z uśmiechem elegancki oliwkowy garnitur. Nienaganne maniery wskazywały na doskonałe wyszkolenie, tak doskonałe jak jego krój. Przepych elegancja i jeszcze więcej oliwkowych i oliwek czekających na spełnienie niemal każdego życzenia. Korytarz odbija dźwięk kroków niczym kamienna studnia, w której echem niosą się głosy spragnionych. Transowy bit przerywany niezrozumiałymi głosami.
Mam chwilę więc siadam na jednym z wielu foteli. Misternie ułożona na oparciu poduszka zostaje zdeformowana, barbarzyńsko zgnieciona pod ciężarem mojego cielska. Początkowe wyrzuty sumienia zastąpił komfort i uczucie miękkości, które odczuł mój tyłek. Tak, za to właśnie się płaci - żeby mieć zajebiście miękko pod tyłkiem. Siedzę, czytam, obserwuję.
Otacza mnie angielska elegancja pomieszana ze sportowym szykiem. Klasyka połączona ze szczeniackim lansem, a wszystko podane prawie w monochromii. Czerń czarniejsza niż węgiel, czerń złamana, grafit i khaki się znajdzie. Kolory? Nie ma ich tu wiele. Pojawiają się gdy wchodzą one. Wyzwolone niewyzwolone, zapracowane znudzone...ale zawsze piękne papużki.
Odczuwam to, oddycham tym. W jakiś perwersyjny sposób czuję się tu dobrze. Urosłem? Być może. Na pewno nie czuję się mały.
Wciąż czekam. Wciąż siedzę i czytam, jako jedyny zajmuję się czymś innym niż telefon. Przede mną długi hol wypełniony luksusem w każdej postaci i formie. Na końcu przeszklone drzwi, niczym gwiezdne wrota, oddzielają ten świat od codzienności miasta. Odgradzają krainę interesów i garniturów za dziesiątki tysięcy złotych od ciuchów z drugiego obiegu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz